Niektórzy z Was zarzekają się, że nigdy nie tkną ryby. Oznacza to, że narażacie się na problemy z kwasami omega-3.

Filet, panierka, na parze, w galarecie – to ledwie kilka przykładów na przyrządzenie ryby. Ale nie brakuje ludzi, którzy bez względu na formę podania, nie skuszą się na jej spróbowanie. Taki gust i nic na to nie da się poradzić. Warto jednak wiedzieć, że świadoma rezygnacja z konsumpcji ryb niesie za sobą poważne konsekwencje dla naszego zdrowia.

Ryby mają dla nas znaczenie przede wszystkim ze względu na dostarczane nam kwasy omega-3, czyli wielonienasycone kwasy tłuszczowe. Od listy ich zalet może zakręcić się w głowie. Wystarczy, że wspomnę Wam, iż dzięki omega-3 Wasze oczy pracują dobrze (kwasy zmniejszają ryzyko zwyrodnienia plamki żółtej, wspomagając jednoczesnie pracę błon komórkowych czyli np. siatkówki oka), pozytywnie wpływają na funkcjonowanie mózgu (kwasy omega-3 wykazują właściwości neuroprotekcyjne), są przydatne przy zapobieganiu depresji (osoby je spożywające rzadziej cierpią na depresję) oraz w walce z chorobami układu sercowo-naczyniowego (omega-3 nawet o 30%redukują nadmierny poziom triglicerydów we krwi).

Stąd łatwy do wysnucia wniosek: skoro dania z ryb dostarczają nam kwasów omega-3 wysokiej jakości, to jedzmy ryby. Jasne jest, że sposób podania też ma znaczenie. Im mniej przetworzona i bardziej tłusta ryba – tym lepiej. Oczywiście najlepsza będzie taka z łowisk na dzikich terenach i podana na surowo, wędzona na zimno.

Czy kwasy omega-3 można znaleźć gdzie indziej? Teoretycznie tak. Ze źródeł roślinnych możemy korzystać przede wszystkim z oliwy. Dodatkowo, każdy z Was na pewno widział na sklepowych czy aptecznych półkach kapsułki z kwasem omega-3. Wydawałoby się, że sprawa załatwiona. Nie trzeba zmuszać się do jedzenia karpi czy tuńczyków. Wystarczy parę tabletek i już właściwe składniki dostarczone są do naszego organizmu.

Z tym że… W takich kapsułkach znajdują się kwasy omega-3 niskiej jakości. Prawie zawsze pochodzą z ryb hodowanych przemysłowo i odżywianych karmami GMO. A sami wiecie, że popularne (i prawdziwe) powiedzenie głosi: „jesteś tym, co jesz”.

Dlatego ci z Was, którzy nie mogą przekonać się do ryb, są w trudnej sytuacji. Mimowolnie pozbawiają się wartościowych składników w swojej diecie i skazują się na nienajlepszej jakości substytuty. Rekomenduję więc Wam, by mimo niechęci do ryb, spróbować je włączyć do tygodniowego menu. Wystarczy, by w ciągu siedmiu dni dwa razy spożyć tłustą rybę. Jeśli jednak nie jesteście w stanie przełamać się swojej niechęci, wówczas zaopatrzcie się w suplementy dobrej jakości (możecie kierować się tym rankingiem), koniecznie wykonanych z ryb zimnowodnych lub z kryla.

Dietetyk Barbara Porębska

Barbara Porębska

Barbara Porębska

Jestem dietetyczką z pasją. Moja wiedza to wynik wielu lat poszukiwań, zdobywania doświadczeń, dziesiątków kursów i wykładów zakończonych uzyskaniem zawodu dietetyka w Polskim Instytucie Dietetyki.